Zastanawialiście się, co by było, gdybyście nie potrafili mówić? Przeczytałam właśnie artykuł o dziewczynie imieniem Mia, która w wieku 21 lat przeżyła groźny udar. Dziś, 9 lat później, leży przykuta do łóżka i porusza tylko gałkami ocznymi. Dzięki specjalnemu komputerowi udało jej się… napisać książkę. Niesamowita historia.
Mamy głęboką potrzebę porozumiewania się ze światem. Mówi się często, że człowiek to zwierzę stadne. Jest w tym dużo racji. Gdy widzimy ludzi naokoło siebie, a dodatkowo jeszcze ci ludzie czegoś od nas chcą, czujemy natychmiastową potrzebę interakcji. Jeśli dorosły człowiek nie jest w stanie mówić, szuka innego środka porozumienia. Często jest to pismo, język migowy, gestykulacja.
Taką samą potrzebę interakcji posiadają małe dzieci. U nich język jako taki czy umiejętność pisania dopiero się rozwiną. Posługują się więc tym, czym potrafią najlepiej, tj. mimiką, gestykulacją i krzykiem. Gdyby się nad tym głębiej zastanowić to przed takim małym człowiekiem stoi nie lada zadanie – nauczyć się całego nowego języka. Słów, zwrotów, zawiłości, powiedzonek, tego, że nie zawsze mówi się wszystko dosłownie i że czasami się milczy. Uważam, że proces nauki języka jest najbardziej fascynującym elementem rozwoju młodego umysłu. Jest tym bardziej fascynujący w rodzinach dwu lub wielojęzycznych.
Na początku umysł dziecka przyswaja wszystko na zasadzie papugowania – powtarza gesty, czynności, a wreszcie i dźwięki. Powstają z tego ciekawe zestawienia. Mój syn za niecałe 2 miesiące skończy 2 lata, a jego słownik już jest bardzo bogaty. Znajdują się w nim jasne i zrozumiałe komunikaty, takie jak: mama, tata, jajko, buzia, nos, oko, ucho, szalik, czapka czy kredki. Jest jednak wiele takich, które dopiero się kształtują, a powtarzane są jedynie na zasadzie papugowania dźwięków. Czasem naprawdę ciężko się domyślić, co maluch ma na myśli.
Podzielę się z Wami kilkoma przykładami ze słownika mojego (prawie) dwulatka, żeby pokazać, jak ciekawa może być dziecięca perspektywa widzenia świata:
esiek – piesek
tasia – ptaszek
koki – kolczyki
kumbyś – nie mam pojęcia, z jakiego dźwięku to się wzięło, oznacza mniej więcej „wróć tutaj, tak jak np. siedziałeś przed chwilą” „wróć w to samo miejsce i do tej samej pozycji”
bebek i sełko – chleb z masłem orzechowym
niaki – ziemniaki
ji – drzwi
pipi – myszka lub picie
baski – kiełbaski
uji – wujek
Jak widać, niektóre są zbudowane z podobnych głosek, niektóre to tylko wybrane sylaby, ale są też takie, które nie sposób zrozumieć bez chwili analizy kontekstu i gestykulacji. Ten proces nauki jest czymś, co nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Sama metoda uczenia odzwierciedla już sposób, w jaki dziecko widzi i analizuje rzeczywistość. Dlaczego mówić uczymy się tak sprawnie, ale potem nauka języków obcych nie jest już taka przyjemna?
Myślę, że trochę się rozleniwiamy. Mając już swój bagaż wiedzy o języku i jego składni próbujemy wszystko odnieść do tego, co nam znane. Dla dziecka nic nie jest jeszcze znane. Nie martwi się gramatyką, końcówką, składnią czy ortografia. Po prostu chce przekazać informację lub zakomunikować potrzebę. Mamy też pewną przewagę z takimi atrybutami – wiedząc, o co chodzi np. z gramatyką, szybciej zrozumiemy, gdy będzie ona kompletnie inna. Ale ale… pod warunkiem, że za mocno nie odniesiemy jej do tej z języka ojczystego 😉
Czy gdybyśmy zostali kiedyś nagle pozostawieni sami sobie w kraju, którego język nie jest nam znany i nie jest w niczym podobny do polskiego, dalibyśmy radę nauczyć się go tylko przez doświadczenia? Myślę, że dużo zależy od prywatnych predyspozycji każdego z nas, a także odwagi, by zrobić krok w nieznane. Na pewno różne osobiste potrzeby popchnęłyby nas do przodu. Jak Wam się wydaje?