Angielskiego zaczęłam się uczyć w zerówce w wieku 6 lat. Po 2 latach studiów dziennikarskich wpadło mi do głowy pójść na filologię angielską. Nie, żebym marzyła o zostaniu lektorem czy nauczycielem, ani czuła do tego powołanie. Po prostu uznałam, że ktoś mnie w końcu powinien do porządku tego języka nauczyć. No i teraz sobie radzę.
Ale mimo tylu lat nauki w różnych szkołach, na różnych poziomach i z różnorodnych podręczników dałam się zaskoczyć jedzeniu. Kiedy na drugim roku filologii angielskiej wyjechałam na wymianę studencką Erasmus do Essen spotkałam tak, pomiędzy wieloma studentami różnych nacji, także Brytyjczyków.
Od słowa do słowa poznawaliśmy się, wymienialiśmy doświadczenia, spędzaliśmy razem czas. Ale nie zapomnę mojego zaskoczenia, gdy zaproszono mnie na dinner. Całe życie polska szkoła tłukła mi do głowy, że dinner to odpowiednik naszego obiadu. Guzik prawda.
Bo dinner odpowiada polskiemu obiadowi być może pod względem ilości jedzenia na talerzu. Ale powinniśmy bardziej tłumaczyć to jako wieczerza, kolacja. W ciągu dnia na zachodzie nie ma czasu na obiady w polskim sensie. Je się lunch i to właściwie powinno być tłumaczone jako obiad. Tymczasem po polsku też mówimy lunch.
Jaka jest różnica między lunchem a obiadem? Tak po prostu, na chłopski rozum, powiedziałabym, że właśnie ilość jedzenia na talerzu. Lunch to coś lekkiego i szybkiego, obiady jemy nie raz dwudaniowe i nasze talerze są pełne. Pora posiłku – w tym wypadku popołudnie – jest taka sama.
Za to inne słówko, które w polskiej szkole wkładano mi do głowy jako odpowiednik kolacji – supper – zdaje się w ogóle nie funkcjonować w codziennym angielskim. Raczej je się po prostu late dinner.
Zabawne, jak takie drobnostki mogą odmienić nasz sposób postrzegania nawet rutyny dnia codziennego. I paradoksalnie mogą prowadzić do nieporozumień. Miejcie się na baczności ucząc się języków, bo nigdy nie wiadomo czym nas taka nauka zaskoczy!