Mam wstręt do zieleni. Zaraziłam się nim po okresie wynajmu mieszkania. Wszystkie ściany w wynajmowanych kawalerkach były jasnozielone. Nie opłacało się tego zmieniać, trzeba było jakoś przetrwać. Po zakupie mieszkania obiecałam sobie, że już żadna ściana zielona nie będzie.

Inaczej sytuacja ma się z naturalną zielenią. Ta uspokaja, koi nerwy, bawi i po prostu zachwyca. Nawet kogoś, kto z natury wzrokowcem nie jest (a posądzenie mnie o to mi nie grozi z wadą wzroku +5 😉 ). Dlatego żyję za pan brat z przyrodą, ale zieleń przeniesiona na garderobę, ścianę w mieszkaniu lub samochód budzi mój stanowczy sprzeciw.

Z tą zieleni to jest jeszcze tak, że samemu można być zielonym. A we współczesnym świecie to już taka trochę siara. Nie wypada nie wiedzieć, nie słyszeć, nie znać… Jeśli nie śledzisz trendów, wydarzeń i tweetów sławnych ludzi po prostu przestajesz istnieć. A jeżeli brakuje ci elementarnej wiedzy ortograficznej, matematycznej czy przyrodniczej spychają cię na margines.

Wiedza jest wartością cenioną wysoko, ale jeszcze za mało. Mniej, niż informacja, mniej, niż bycie trendy. Można powiedzieć, że zieleń może być w modzie, jeśli masz odpowiednią aparycję, sukcesy aktorskie, sportowe, modowe… Dlatego nie przepadam za zielenią. Pleni się jak chwast w najbliższym otoczeniu.

Nie jest wstydem czegoś nie wiedzieć, jeśli szukamy sposobu na życie, własnej drogi, odpowiedzi na nurtujące nas zagadnienia. Wstyd, jeśli z zieleni nigdy nie wyrastamy, nie uczymy się na własnych błędach, nie zadajemy pytań i nie drążymy.

Myśl. Pytaj. Podejmuj samodzielne decyzje. Tak się walczy z zielonymi chwastami. I taką oswojoną zieleń można by nawet polubić.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *