Zakopane ma w moim sercu swoje miejsce. To tutaj zaczęłam stawiać pierwsze kroki w stronę zdrowia, mając zaledwie 4 lata. W szpitalu na Balzera spędziłam kawał dzieciństwa, a widok na Nosal i Giewont wryły się w moją głowę tak głęboko, że zapragnęłam poznać góry osobiście.

Tak samo, jak bakcylem podróżowania, można się zarazić bakcylem górskich wędrówek. To się właśnie stało w Zakopanem, gdzieś w połowie lat ’90. W trakcie walki mojej, i moich rodziców, z wrodzoną chorobą (o której jeszcze kiedyś opowiem) byłam przygnębiona przebywaniem w ścianach szpitala. Kiedy mogłam wychodzić na przepustki, mama zabierała mnie do domków, w których nocowała, albo do jakichś sklepów. Tata natomiast, po konsultacji z personelem medycznym, zabrał mnie w góry.

Nie pamiętam, czy była to moja pierwsza wyprawa, ale tę jedną z pierwszych pamiętam bardzo dobrze. Pojechaliśmy kolejką na Kasprowy Wierch. Nie pamiętam kolejki do kolejki ani samego szczytu, ale bardzo dobrze zapamiętałam zejście. Tata całą drogę krzyczał, żebym zwolniła. Ale ja nie potrafiłam. Widoki, górskie powietrze i promienie słońca dosłownie zaparły mi dech i nęciły, wabiły tak mocno, że nie umiałam iść wolniej. Niemal zbiegałam po wielkich kamieniach, nie zważając na potencjalne zagrożenie. Liczyłam się tylko ja i Tatry na około. Jeśli przystanęłam, to żeby się rozejrzeć.

Odpoczęliśmy krótko w schronisku Murowaniec na Hali Gąsienicowej, po czym ruszyliśmy w dół. Tata wybrał Dolinę Jaworzynki i pamiętam, że tamta stromizna trochę mnie ‚zwolniła’. Do szpitala wróciłam rumiana i szczęśliwa. Aż do dnia następnego. Wtedy to obudziłam się po raz pierwszy w życiu z zakwasami. Okropnie się wystraszyłam, że coś stało mi się przez tę wędrówkę i nigdy więcej nie pozwolą mi wyjść w góry. Początkowo bałam się przyznać, że nie umiem się ruszyć, ale w końcu musiałam to jakoś wytłumaczyć pielęgniarkom. Pamiętam, że krzywo patrzyły na tatę, lecz nie stała mi się żadna krzywda. Nie mogły się więc za bardzo gniewać.

Obecnie nie wyobrażam sobie roku, w którym nie odwiedzę Tatr chociażby na weekend. To absolutny MUST w moim rocznym planie podróżniczym.

Jeśli lubicie się włóczyć, a los jeszcze nie zagnał Was w nasze polskie Tatry, serdecznie zachęcam!
Nie rozczarujecie się.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *