Dokładnie wiem, kiedy nauczyłam się podróżować. To znaczy, bakcyla ciekawości i chęci poznania świata zaszczepili we mnie rodzice, ale żeby zacząć podróżować trzeba zebrać w sobie swoją własną odwagę, a nie tylko podążać za czyimiś wakacyjnymi planami. Ja zrobiłam to w Niemczech.

Pierwsze podróże to były wycieczki – te szkolne i te trochę dłuższe, wakacyjne, z rodzicami. Pierwszy raz wyjechałam na wycieczkę za granicę w wieku 14 lat: na kolonie z koleżanką z gimnazjum, do Czech. Było fajnie, ale jak to na kolonii: głównie hotel, zorganizowane dreptanie po okolicy, jeden wypad do Wiednia. Druga ‚zagranica’ była z rodzicami, Francja na 10 dni. Lazurowe Wybrzeże zrobiło na mnie dobre wrażenie, ale wspominam to raczej jako typowy wyjazd z rodzicami. Plaża, trochę zwiedzania, wałęsania się po mieście i okolicy.

Podróż dopadła mnie w Niemczech. Na pierwszym roku drugiego kierunku studiów przyszło mi do głowy wyjechać na wymianę Erasmus. Wybrałam Niemcy, Essen, bo niemiecki był jednym z naszych języków wykładowych i pomyślałam, że żyjąc tam, lepiej się go nauczę. Poza Niemcami myślałam też o Yorku lub Sztokholmie, ale tak się nie dostałam.

Wyjechałam z koleżanką z roku i na miejscu dość szybko poznaliśmy ludzi, z którymi spędziliśmy te wspaniałe pół roku. Trzech Turków, Słowaczka i Holenderka okazali się doskonałymi kompanami do zwiedzania kraju i nie tylko.

Niemcy dają studentom wspaniałą możliwość podróży za darmo w ramach całego landu, w którym studiowałyśmy (Nadrenia Północna Westfalia). Dzięki temu można było zwiedzić takie miejscowości, jak Bonn, Kolonia, Munster czy Dusseldorf kompletnie za darmo, płacąc tylko za ewentualne wejściówki czy prowiant.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Skorzystałyśmy z oferty wycieczki dla ‚erasmuzów’ do Amsterdamu i zapałaliśmy ochotą na więcej. Okazało się, że w weekendy można przejechać niemiecką koleją choćby i cały kraj za 8 euro od głowy, jeśli zakupi się bilet za 40 euro i pojedzie grupą pięcioosobową. Tak dotarliśmy do Hamburga, Bremen, Berlina i Frankfurtu nad Menem.

Później staliśmy się tak biegli w wyszukiwaniu okazji, że odkryliśmy miejscowe biura wycieczek autokarowych i wykupiliśmy wyprawę do Paryża, Luksemburgu, Brukseli i Antwerpii. Gdyby nasz wyjazd trwał dłużej niż pół roku, zdążylibyśmy jeszcze z pewnością zobaczyć kawałek Europy.

Po zakończeniu wyjazdu Erasmus nie potrafiłam już spokojnie usiedzieć w domu. Co roku męczę męża o jakąś dłuższą wycieczkę, staram się korzystać z ładnych weekendów i nie spędzać ich w domu, czasem nawet nie w kraju. Przez 5 lat od czasu mojej Erasmusowej przygody portfolio wyprawowych wspomnień mocno się rozrosło, a o każdej wyprawie chętnie wam tutaj opowiem.

Teraz już wiem co to bakcyl podróżnika i chętnie bym kogoś zaraziła 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *