Nasze dziecko dostało się do publicznego żłobka. Hip hip hurra, trzeba by zakrzyknąć, bo jest to nie lada wyzwanie. Po raz kolejny w życiu poddają nas ocenie, przydzielają punkty i wybierają szczęśliwców.

Nasz syn do tej pory uczęszczał do żłobka z opieką prywatną. Posłaliśmy go tam w wieku 7 miesięcy, początkowo na 3 godziny dziennie. Z czasem stopniowo wydłużaliśmy ten przedział, aż teraz, tuż przed zmianą placówki, spędza w żłobku 7 godzin.

Aby otrzymać miejsce w miejskiej placówce, zaczęliśmy się o nie starać rok temu, składając podanie o przyjęcie tydzień po narodzinach. Po raz pierwszy w życiu ucieszyłam się ze swojego stopnia niepełnosprawności, dało nam to bowiem dodatkowe punkty. Osobiście znam rodzinę z córką starszą od mojego syna o jeden dzień, której mama składała podanie w tym samym dniu co my. Nie dostali się, a od dyrektorki żłobka usłyszeli, że są zbyt normalną rodziną. Żeby doczekać się miejsca w żłobku miejskim, najlepiej być samotnym rodzicem, rencistą, z odpowiednimi papierami o niepełnosprawnościach i najlepiej jeszcze bez pracy. Za te wszystkie cechy są dodatkowe punkty.

Zostawiając w tyle kwestię przyjęcia – zmiana placówki to dla nas stres. Chociaż nasze dziecko w ciągu ostatniego pół roku w żłobku płakało może z 5 razy, martwimy się, że zmianę otoczenia przyjmie dość ciężko. Dlatego też ochoczo stawiliśmy się na zebraniu dla rodziców, zorganizowanym przed 1 września.

Budynek – jak większość publicznych placówek edukacyjnych – pamięta czasy PRL. W środku jest jednak schludnie, czysto, kolorowo i personel robi przyjemne wrażenie. W gruncie rzeczy pewne sprawy okazały się lepsze od prywatnej placówki, którą znamy. Mowa tutaj o:

  • wyposażeniu w nocniki. Do prywatnego musieliśmy przynieść swoje.
  • wyposażeniu w ręczniki frotte. Nie było o tym nawet mowy w prywatnym.
  • zaciemnieniu sypialni roletami
  • piciu ze zwykłych kubeczków, nie tzw. „niekapków”
  • wyprowadzaniu dzieci na podwórko, o czym do tej pory nie było mowy
  • Jest też kilka negatywnych różnic:

  • żłobek otwarty maksymalnie do 17, godzinę krócej.
  • nie oddając dziecka max. do 8:20 nie możemy go już wcale przyprowadzić danego dnia.
  • w publicznym nie myją dzieciom ząbków po posiłku, twierdząc, że jest ich za mało, żeby to ogarnąć.
  • chociaż realizacja programu dydaktycznego jest obowiązkowa, nie mają środków na materiały. Już na wstępie prosi się rodziców o zaopatrzenie placówki w bibułki, kredki, bloki i co tam akurat będzie potrzebne (pytać wychowawczyń)
  • Reasumując – na zebraniu nie wydarzyło się nic, co zmieniłoby moje zdanie o przeniesieniu dziecka. A wręcz wydaje mi się, że zalety przewyższają te negatywne różnice. Jak będzie, czas pokaże. Ale mama wraca do pracy i nie można już zrobić kroku wstecz.

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *