Jak już wspominałam wcześniej, nie przygotowywałam się specjalnie do macierzyństwa. Ot, wspólna decyzja o tym, że pora na dziecko zapadła i dość szybko udało się plan zrealizować. Tak samo łatwe, proste i oczywiste wydawało mi się karmienie piersią.

Kiedy jednak poszłam na szkołę rodzenia po raz pierwszy usłyszałam, że jest to jakiś kłopot. Czy może raczej – kwestia do dyskusji.

Do tej pory moim jedynym zmartwieniem ciążowym był słaby przyrost wagi (bałam się, że zabraknie materiału na pokarm), a teraz nagle ktoś mi powiedział, że można mieć problem z karmieniem piersią tak w ogóle, niezależnie od wagi czy drogi porodu. No przyznam, że byłam nieźle zaskoczona, bo dla mnie karmienie piersią po porodzie jest po prostu tak oczywiste, jak to, że po lecie jest jesień, a 2+2 = 4.

W moim rozumieniu kobieta po prostu stworzona jest do tego, żeby wykarmić swoje dziecko. A tutaj nagle idę na zajęcia dla przyszłych mam (w większości mam po raz pierwszy) i ktoś wspomina o tym, że można nie karmić. Że może nie kupujcie w ogóle butelek i laktatorów, bo psychicznie przestawicie się na odstawienie dziecka. Jednocześnie dając nam butelki w gratisie za uczestnictwo.

Tak mówiła pierwsza położna, prowadząca zajęcia z ćwiczeń porodowych i przygotowania do szpitala. Kilka spotkań potem przyszła inna pani, która do tematu podeszła dużo bardziej naturalnie. Po prostu weszła i oznajmiła, że dziś pokaże jak przystawiać dziecko do piersi. Ta, w przeciwieństwie do poprzedniej, nie pytała czy w ogóle mamy zamiar to robić, ale uczulała nas na co zwrócić uwagę gdy już to robić będziemy. Moim zdaniem to podejście było dużo bardziej przyjazne i sprawiało, że z karmienia dziecka własnym mlekiem nie zrobił się nagle wielki temat planu: zamierzasz, czy nie zamierzasz, a jeśli tak to czy długo czy tylko trochę.

Po zajęciach w szkole rodzenia odkryłam, że w internecie toczy się dużo dysput na temat karmienia. Czy, jak, kiedy i gdzie to robić. Odkryłam, że są blogi, fanpage i grupy wsparcia. To tylko pogłębiło moje zaskoczenie, bo z rzeczy tak dla mnie oczywistej zrobiło się nagle duże osiągnięcie. I wtedy pojawił się pierwszy stres, że może jednak 2+2 = 6 albo 8 i wcale nie tak łatwo będzie dziecko wykarmić.

Z drugiej strony była historia zasłyszana od mojej mamy – nie karmiąc zaraz po porodzie udało jej się pobudzić laktację w późniejszych miesiącach życia brata i karmić go do 9 miesiąca. A wszystko dlatego, że pediatra krzywo na nią spojrzał, gdy przyznała się że nie karmi noworodka piersią. To był typowy ‚wjazd na ambicję’. Pomogło.

Wisienkę na torcie moich wszystkich wątpliwości postawiła koleżanka z sali, z którą leżałam na patologii ciąży, Zapytała mnie, czy przygotowuję już piersi do karmienia. Polecała jakąś maść, którą trzeba wcierać w sutki już 2 tygodnie przed terminem. Wtedy już było na to za późno, bo został mi mniej niż tydzień do zabiegu. No i stało się – spanikowałam. Nagle karmienie piersią urosło to rangi jakiegoś tajemnego rytuału, którego dostępują tylko nieliczni i o który trzeba się nieźle nawalczyć.

No i przyszło rozwiązanie. Położne na oddziale nie były niestety za bardzo pomocne, dziecko dużo płakało, na noc mogłam je oddać (z czego skorzystałam, przede mną przecież jeszcze tysiące nieprzespanych nocy, więc pozwoliłam sobie na te dwie nocki odpoczynku). Pamiętam, że położna spytała, czy ma przywieźć syna jak będzie głodny. Oczywiście chciałam, żeby wszystko było jak najbardziej naturalnie więc się zgodziłam. To było ok. 24, syna przywieźli ok. 6 rano i to nakarmionego z butelki. Nie mam pojęcia po co mnie o to pytała, skoro i tak zrobiły po swojemu. Byłam rozgoryczona, zdenerwowałam się że przez to nocne dokarmianie nie dam jedna rady karmić piersią.

Skończyło się na tym, że doktor neonatolog nie chciała nas wypuścić, bo mały w 4 dobie nic nie przybierał na wadze. Ale się uparłam. Pojechałam do domu i tam z pomocą położnej i mojej mamy udało się odbić wagę dziecka. Jak ruszyła, tak z wagi poporodowej 2980g w 3 miesiące dobiliśmy do 6kg. Dalej rośnie i dalej jest wyłącznie na piersi. Zignorowałam zalecenia doktor ze szpitala o dokarmianiu mlekiem sztucznym i usilnie przystawiałam małego, chociaż nieźle się na początku denerwował.

Mnie się udało. I sądząc po niektórych publikacjach online powinnam się ogłosić bohaterką. Ale tak się nie czuję. Czuję, że robię po prostu to, co należy i w taki sposób jak należy. Syn skończył dziś 4 miesiące i zakosztował już mleka mamy z butelki, a także smoczka. To nie zakłóciło nam ciągłego karmienia. Uważam, że czasem za duży hałas wokół pewnych tematów może więcej zaszkodzić niż pomóc. Po porady laktacyjne powinnyśmy sięgnąć dopiero, kiedy problem się pojawi. Nie trzeba jeszcze przed porodem nastawiać się, że coś może pójść nie tak.

Co do jednej z teorii zgadzam się w 100% – karmienie piersią siedzi w naszej psychice, nie w biuście. Życzę powodzenia wszystkim przyszłym i obecnym mamom, które natkną się na ten tekst 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *