Całe życie nie mogę się zdecydować jaki okres w ciągu roku lubię najbardziej. Co jakiś czas zmieniam zdanie (w końcu jestem kobietą), ale jeszcze nie miałam 100% pewności. Chyba.
W każdym razie jest kilka etapów wartych uwagi.
W miarę jak dorastamy, nasz coroczny kalendarz zapełnia się nowymi skojarzeniami, wspomnieniami i połączeniami. W moim przypadku świetnym przykładem jest zima – w dzieciństwie okres sanek i bitew na śnieżki, teraz raczej upierdliwie zimna i chlapowata pora roku. Jestem w stanie tolerować zimę tylko wizualnie, podziwiając przez okno bielutkie podwórko, wieczorem, z kubkiem ciepłego napoju w ręce . Bądź ewentualnie w weekendy, najlepiej spędzone w parku lub w górach.
Nie ma nic piękniejszego od zaśnieżonych górskich szczytów. Ale to są wrażenia do pozytywnego odbioru tylko gdy mamy zimę śnieżnobiałą, pogodną i niezbyt mroźną zarazem. Niestety ostatnio zimy albo nie mrożą wcale, albo nie rozpieszczają naszych wygrzanych pod kołderką ciał temperaturami pokroju -30 stopni Celsjusza. Zima w mieście to nic przyjemnego – kupy rozjeżdżonego szaro-burego śniegu na chodnikach, potworny mróz, ciemno gdy idziesz rano do pracy i ciemno gdy z niej wracasz. Co tu jest do lubienia? Jedyna nadzieja w moim synu, że gdy trochę podrośnie przywróci mi wiarę w to, że zima na co dzień da się jeszcze lubić. Albo przynajmniej tolerować.
Do zimy już nie dużo czasu zostało i strach o tym myśleć, ale teraz mamy jesień. W pierwszy weekend października i w ten dopiero miniony przyszło nam się nią naprawdę cieszyć. Feria barw jaką można spotkać zarówno w mieście jak i w parkach, lasach i każdej niemal okolicy, mieniąca się w promieniach słonecznych, potrafi poprawić humor po kilku deszczowych dniach. Potrafi wyciągnąć na długi spacer, Potrafi być witaminą na jesienną chandrę. Polską złotą jesień da się lubić. A podczas spacerów można też zabrać jej część do domu i wykorzystać w pracy kreatywnej gdy nadejdą kolejne deszczowe dni. Polska złota jesień może więc także stać się praktyczna. Dzisiejszy dzień naładował mi bateryjkę.
Po tych kapryśnych porach roku nadchodzi troszkę cieplejsza, choć często wcale nie mniej deszczowa, wiosna. Wiosnę polubiłam za pierwsze kwiaty, zieleniejące się trawniki i coraz dłuższe dni. Rytuał wybudzania się homo sapiens ze snu zimowego musi trochę potrwać, ale wiosna daje po temu dobre warunki. Właściwie z wiosną nigdy nie wiązały mnie jakieś szczególny wspomnienia, czyjeś niezapomniane urodziny bądź inne spektakularne wydarzenia. W moim kalendarzu wiosna po prostu jest bo musi. Jest miło, bo coraz cieplej, i wesoło, bo coraz jaśniej. I właściwie nic ponadto.
Lato jakoś zawsze było najbardziej szczególnym czasem. Może dlatego, że czasem wolności – czy to wakacji czy urlopów. Koncerty, grille, wspólne nasiadówki w pubach i naprawdę długie spacery. Gdy słońce zachodzi dopiero ok 22 a wstaje już o 4 człowiekowi wydaje się, że ma cały czas tego świata i że ten świat wkrótce podbije. W pojedynkę. Ale lata można też nie lubić – tak jak -30 w zimie nie brzmi obiecująco, tak latem temperatury +30 i więcej potrafią być mordercze. Szczególnie w naszych betonowych środowiskach. Idealne lato jest wtedy, gdy termometr w centrum miasta nie pokazuje więcej niż 28 stopni (szczególnie jeśli akurat nie mamy wolnego lub urlopu), a słońce świeci rozsądnie, czasami tylko chowając się za niewielkimi chmurami i pozwalając na ciepły letni i niedługo trwający deszcz.
Czy w takim razie można wybrać ulubioną porę roku? W mojej perspektywie mogłabym tak określić lato, jeśli nie będzie przypominało zbyt wędrówki po Saharze. Jednak szczególne znaczenie jakiegoś czasu dla każdego z nas nadajemy przecież nie tylko przez pryzmat skali termometru za oknem. Jestem tego świadoma, ale chyba nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy najbardziej w ciągu roku lubią zimę. Po prostu to do mnie nie dociera.