Październik to wprawdzie jeszcze nie zima, ale już jak najbardziej jej zapowiedź. I każdy ogrodnik powie, że to nie pora na wysiewanie fasoli. Ale ja nie chadzam w ogrodniczkach po przydomowej działeczce i nie kopię w ziemi. Pojawienie się mojej fasolki, właśnie tą szarą porą, wspominam z rozczuleniem.
Chociaż nie, moment, chyba jednak rzeczywistość nie spotkała się z wyobrażeniem o tej, tak szczególnej, chwili.
Nie przygotowywałam się jakoś specjalnie do powiększenia rodziny. Wiem, że niektórym nie wystarczy po prostu oświadczenie postanowienia ‚staramy się o dziecko’. Starają się łykać witaminy, czytać różne książki tematyczne lub chodzą na badania do lekarzy. To oczywiście nie jest złe, ale jak dla mnie nastręcza za dużo napięcia wokół calej tej historii. U nas wszystko było tak po prostu. Ot, mam już stałą pracę i płacę to mogę sobie pozwolić na macierzyński. Jesteśmy już kilka lat po ślubie, a znamy się przecież 10, to i tak niektórzy powiedzieliby, że późno zabraliśmy się do roboty. Ale przecież grunt, że się zabraliśmy.
Tak więc od momentu, w którym zaczęliśmy się starać o naszą pierwszą fasolkę, do chwili potwierdzenia, że na dobre wprowadziła się do mamy, minął przeszło miesiąc, Nie potrafię powiedzieć w którym momencie doszło do zasiania ziarenka i nie szczególnie mnie to obchodzi. To ciekawe, że niektórzy potrafią celebrować takie momenty aż do poziomu pochwalenia się nimi na fb lub insta. Dla mnie nie ma to większego znaczenia. Ale sądziłam, że dzień w którym zobaczę osławione 2 kreski będzie w jakimś stopniu szczególny. Nie do końca tak to jednak wyszło.
Jedynym moim przygotowaniem, jakie poczyniłam starając się o maleństwo, było ustawienie w łazience słoiczka i zakup kilku testów. Robiłam test raz w tygodniu przez pierwszy miesiąc, z żadnym rezultatem. Więc w pewnym momencie doszło do dłuższej przerwy w testach. W międzyczasie urocza październikowa pogoda obdarowała mnie grypą. Żeby odpocząć trochę i dostać L4 wybrałam się do lekarza rodzinnego, który po badaniu określił wirusową infekcję i zadał pytanie: czy jest Pani lub podejrzewa, że jest w ciąży. Odpowiedziałam z automatu, że nie. Wykupiłam leki.
Ale to pytanie nie dawało mi spokoju. Gdzieś chyba obudził się jakiś instynkt. Po pierwszym dniu brania leków, kiedy poczułam się silniejsza, z samego rana zrobiłam jeszcze jeden test. Pojawiła się na nim druga kreska.
Była bardzo blada, ledwo widoczna. Przyjrzałam jej się bardziej, ubierając okulary, i nabrałam pewności że tam jest.
Usiadłam na podłodze w łazience (przyjemnie ciepłej, kojącej nerwy) i powiedziałam sobie: no OK, udało się. Spoko, w końcu taki był plan. Trzeba powiedzieć mężowi.
Mąż spał jeszcze, w środku nocy wrócił z pracy. Mamy jamnika, który sypia z nami w łóżku, wtedy tez tam był. Skulony pod kołdrą i przytulony do pana. Szturchnęłam męża. Trzeba było to powtórzyć. Tego dnia nie mogłam mu pozwolić wyspać się po pracy, musiałam komuś powiedzieć. Teraz, już, od razu, chociaż nie czułam żeby działo się coś specjalnego. To było raczej ogłoszenie w charakterze: zadanie wykonane.
Mąż w końcu uchylił powieki, a ja bez ceregieli podetknęłam mu pod nos test ciążowy. Zamrugał, przyjrzał się mu dokładniej, znowu zamrugał. Po czym podniósł kołdrę i zwracając się do jamnika powiedział: Będziesz miała nową piszczącą zabawkę.
Czy to można uznać za magiczny moment? Gdzie fanfary, gratulacje i napięcie pt. co teraz? Otóż nie było. Jeden żarcik rzucony w stronę psa rozładował atmosferę i ten dzień stał się kolejnym dniem, chociaż dzięki niemu październik już zawsze będzie mile wspominany, bez względu na aurę za oknem.
Pojawiły się oczywiście nowe zadania na przyszłość. Umówić się do lekarza, zmienić lekarstwa, zacząć brać witaminy… Tak ruszyła lawina, która na dobre skończyła się toczyć w czerwcu tego roku. A jej kolejnymi etapami podzielę się z Wami w kolejnych postach.