Był okres w moim życiu, w którym niczego nie mogłam. I nie mówię tu o zwykłych nakazach i zakazach rodzicielskich, ale o kwestiach związanych z moim zdrowiem. Odkąd pamiętam, chciałam zostać gimnastyczką, a tymczasem od najmłodszych lat zwolniono mnie z wf-u.
Brzmi prozaicznie, ale dla kilkuletniej dziewczynki było to niezłym wyzwaniem. Wszyscy ćwiczą, grają wspólnie, a ja do dziś nie znam nawet zasad gry w podstawowe zabawy: siatkówka, koszykówka, piłka ręczna… Odstawiłam sport na bok, aż do gimnazjum.
Wtedy w moim życiu pojawiły się dwie panie, wf-istki, które nie zrobiły tego, co wszyscy. Nie przyjęły po prostu zwolnienia i nie posadziły mnie na materacu w kącie, a wysłały na gimnastykę korekcyjną. Byłam bardzo oporna. Nie sądziłam, że ma to jakikolwiek sens, skoro mój stan lekarze określają jako niezmienny. Po 2 latach gimnastyki w czasie wf-u dowiedziałam się, że te same przesympatyczne panie prowadzą klasyczny fitness – pół godziny ćwiczeń w pionie, pół godziny na macie. Namówiłam je, żebym mogła wziąć w tym udział.
Przez kolejne 4 lata uczęszczałam na ich zajęcia. I nagle zobaczyłam, że jak najbardziej daję radę. Potem przeprowadziłam się do innego miasta i nadal pozostałam przy fitness, poznając jeszcze m.in. streching, pilates i inne style. Rodzice chronili mnie profilaktycznie, a okazało się, że wystarczyło tylko odkryć coś dla siebie.
Każdy może korzystać z dobroci ruchu. Możliwości aktywności, ćwiczeń i zajęć jest obecnie tyle, że ogranicza nas tylko wyobraźnia. I ewentualnie budżet, bo jeśli zabraknie wyobraźni, to niemal każde zajęcia można znaleźć w klubach i siłowniach.
Ruch jest w cenie. Nie zrezygnowałam z ruchu po urodzeniu dziecka. Spotkałam się z teorią, żeby nie ćwiczyć, karmiąc piersią. Nie zgadzam się, ćwiczyć jak najbardziej. Po porodzie i karmiąc piersią, jesteś nadal tą samą kobietą.
Po operacji i leczeniu skoliozy czy innej przewlekłej, dożywotniej przypadłości, nadal jesteś tym samym człowiekiem.
Ruszyć się z kanapy – zrób to dla siebie. Jak nie dziś, to jutro może nigdy nie nadejść.