Czytałam kiedyś w jakimś horoskopie albo imienniku – nie pamiętam już dokładnie – że mam skłonności do popadania w nałogi. Generalnie, że mają je osoby o moim imieniu lub/i urodzone wtedy, kiedy ja. W gruncie rzeczy nie wydaje mi się, żebym łatwo popadała w jakikolwiek nałóg. Nie paliłam nigdy niczego, nie piłam na umór ani nie brałam żadnych ‚specjalnych’ środków. Ale przyszedł i na mnie czas.

Nie uzależniłam się od słodyczy, ani od mojego partnera, ani nawet od niczego, co było lub jest do dziś moim hobby. Aż do sierpnia zeszłego roku, kiedy Niantic wypuściło Pokemon Go. Pora spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać – jestem uzależniona!

Zaczęło się, jak każdy nałóg, niewinnie. Ot, chodziłam na długie spacery z wózkiem z noworodkiem. Mąż zaczął pierwszy grać w Pokemony i po około miesiącu postanowiłam dołączyć. Kiedy słyszałam ciągle nad uchem, co udało mu się znaleźć, wykluć z jajka czy też jaką walkę wygrać zapragnęłam sprawdzić o co tu chodzi. I wpadłam.

Jak rozpoznać nałóg? Odczytuję kilka symptomów:
– włączam grę na telefonie nawet jeśli idę tylko po zakupy do sklepu na przeciwko bloku. Przecież każde dodane 100m liczy się do wyklucia jajka…;
– jadąc autem lub autobusem staram się zaliczyć wszystkie PokeStopy;
– znam na pamięć wszystkie stałe spawn Pokemonów w okolicy, wiem które gymy zazwyczaj oblegają jakie teamy;
– zapisałam się do kilku grup o PokemonGo na Facebooku i śledzę nowinki;
– kiedy Niantic organizuje eventy, staram się być jeszcze bardziej aktywna, chociaż śledząc grupy i fora wiem, że nie należę do najlepszych. A nawet jest mi do nich baaaardzo daleko;
– czasem kiedy nudzę się w domu włączam telefon żeby sprawdzić czy jakiś ciekawy Pokemon akurat nie pojawił się w moim mieszkaniu.

Można tak pisać pół żartem, pół serio jeszcze drugie tyle punktów. Na dłuższa metę nie ma to sensu. Po prostu dosłownie pochłonęła mnie ta forma rozszerzonej rzeczywistości. Nie wiem, czy sprawił to duch lat 90′ (wówczas znałam wszystkie 150 pokemonów pierwszej generacji na pamięć w kolejności numerycznej) czy moja wrodzona skłonność do nałogu, a może po prostu fakt przebywania na macierzyńskim i nie posiadania zbyt wielu mocno angażujących umysł zadań.

Dość, że kiedy jestem zbyt zmęczona żeby poczytać książkę, kiedy nie przesypiam nocy karmiąc synka, kiedy spaceruję po osiedlu żeby go dotlenić – tam wszędzie mogę być z pokemonami. To bardzo fajne, ale kiedy tak spojrzeć na to z zewnątrz także przerażające. Syn rośnie, trzeba poświęcać mu już coraz więcej uwagi, więc mam nadzieję że zadziała trochę jak odtrutka 🙂

Pozdrawiam tych, którzy też grywają. Skrycie lub też nie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *