Krótkie spostrzeżenie, przy okazji Dnia Mężczyzny, do ostatnich damsko-męskich dyskusji.
Kiedy mój mąż czytał poprzedni tekst nie omieszkał zwrócić mi uwagi, że afera z Korwinem i tematyką pracy kobiet nie tyle oparła się o same zawody, ale o wysokość zarobków. No OK, w porządku. Ale dodawać, że kobiety pracujące na takich samych stanowiskach co mężczyźni nie wykonują identycznej pracy, ergo – nie powinny tyle samo za nią żądać, już nie musiał.
Stoję na twardym stanowisku – kobieta zajmująca takie samo stanowisko i posiadająca dokładnie tak sam zakres obowiązków MUSI zarobić tyle samo. Jest takim samym człowiekiem. Musiała w takim sam sposób zdobywać wykształcenie i doświadczenie. Zasłużyła na to w równej mierze.
Inną rzeczą jest, że w Polsce zarobki są kwestią tabu. Pracujemy ramię w ramię w jednym biurze, nieraz przy jednym biurku, chodzimy po pracy na piwo, nieraz odwiedzamy się z kolegami z pracy w domach i nasze dzieci bawią się razem. Ale nie chcemy zdradzić kto z nas ile zarabia.
Nie jest to także ujawnione w ogłoszeniach o pracę. Ten trend odwraca się nieco, ale bardzo powoli. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego jako kandydat przed złożeniem aplikacji nie mogę poznać możliwości zarobkowych na danym stanowisku. Gdybym mogła, być może do części miejsc nigdy bym się nie pofatygowała. Oszczędność czasu obu stron.
Jedyne wytłumaczenie, jakie przychodzi mi na myśl, to kombinatorstwo. Zapytamy na rozmowie o pracę, za ile zrobisz dla nas to wszystko z ogłoszenia. Sprawdzimy jak wypadasz na tle innych kandydatów i wybierzemy najlepszy stosunek jakości doświadczenia i samowyceny. Podłe.
Ale potwierdza pewną prawdę – nie jesteś wart tyle ile Twoja płeć, wiek czy wykształcenie. Jesteś wart tyle, na ile swoją wartość znasz i cenisz. I tego się trzymajmy.