Pamiętacie jeszcze tę swobodną, dziecięcą radość na widok tęczy? Prawdę mówiąc nie opuściła mnie nigdy. Tęcza cieszy mnie nadal tak samo. W miarę, jak dowiedziałam się, że to nie magiczny most jednorożców ani łuna z różdżki małej wróżki, zaczynała mnie jedynie bardziej intrygować. Nigdy rozczarowywać.
Tęcza ma bogatą symbolikę kulturową. Można wybierać spośród np:
Czyli znowu pomost i próba przymierza. Wszystko solidnie się zazębia.
Przyznaję, że takie było moje pierwsze skojarzenie, gdy wyjechałam na studia do Niemiec i po raz pierwszy z daleka zobaczyłam wieżę uniwersytetu w Essen. Pomyślałam, że to siedziba jakiegoś lobby, a okazało się, że po prostu moja szkoła.
Wyglądało to tak – przynajmniej w 2012 😉

Podobnież niesprawiedliwie potraktowano warszawską tęczę na Placu Zbawiciela. A wielka szkoda, bo po mojemu, kryje się za nią dużo więcej.
Najbardziej w tęczy lubię różnorodność barw. Fizycy wyróżnili siedem i je nazwali. Ale dla mnie jest ich tam mnóstwo. Nikt nie dojrzy ludzkim okiem w jaki sposób dokładnie się przenikają i przechodzą jedna nad drugą. Patrząc na to lubię myśleć, że nie wszystko można tak od razu przejrzeć.
Lubię tęcze, bo przypominają mi życie.
Dlatego to nasze życie jest całkiem fajne. Nie wiesz, jak dokładnie nałoży się na siebie odcień której barwy. Nie wiesz, czy deszcz przyjdzie, czy będzie bardzo mocno padał i czy słońce zaświeci pod odpowiednim kątem, i w odpowiednim momencie. Nie wiesz też, czy ty znajdziesz się we właściwym punkcie.
Jeśli przyjrzysz się dobrze zdjęciu z nagłówka, dostrzeżesz cień podwójnej tęczy. Traktując tęczowy łuk jako alegorie życia dodam, że jej odbicie potraktowałabym jako duszę. Równie piękna, a jednak w cieniu.
A może jest dokładnie na odwrót?